Thursday, 5 January 2012
Nie potrzebowałam wiele czasu. Wyjęłam największą starą walizkę (żeby dobrze komponowała się z płaszczem i kokardą na głowie) i wrzuciłam wszystkie kamienie i wyrwane strony Dantego, pobiegłam na tramwaj i pojechałam w stronę centrum. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że robiłam to już wcześniej. Faktycznie, w zeszły wtorek i dzień wcześniej też układałam zwrotki do rytmu z kasownika, biegłam przez plac Jana Pawła po drodze zbierając suche liście przeciskając się przez elektryczność w powietrzu wiedziałam, co mnie czeka. Wysypałam wszystko na podłogę, walizkę rzuciłam w drugi kąt, rozplątałam kokardę oto jestem. Zaniepokojony wyraz twarzy towarzystwa grającego w karty nie zaniepokoił mnie, wysypali popiół na stary stół i zaczęli wróżyć. Okulary od Massady, okulary od Massady, każde drzwi na złota klamkę, pobiegłam kwiecistym dywanem do kuchni, żałobę zapiłam herbatą, poparzyłam język i płuca, usiadłam w fotelu, milczałam. Tymczasem towarzystwo wróżyło dalej. Jakiś pajac wypadł przez okno, trzask szkła i wiatr zdmuchnął popiół ze stołu i lament. JAK TE RODODENDRONY WYROSŁY NA PUSTYNI, AH! Nie pamiętam wielu rzeczy. Właśnie chyba dlatego mam problem z powiedzeniem, kiedy tak na dobre zaczęłam zapuszczać się na manowce życia, odklejając się coraz bardziej od rzeczywistości, pielęgnując swoją pustelniczą ascezę, po jakimś czasie zupełnie nie potrafiąc w żaden znany ludzkości sposób wyartykułować, o co mi tak naprawdę chodzi i dlaczego najczęściej wypowiadane przeze mnie słowo to obojętnie. Kiedy tylko czuję, że coś rzeczywistego może niedługo się zdarzyć, uciekam szybko w swoje nieżycie, w gawędzenie o pogodzie i smacznym jedzeniu, o dobrych książkach i filmach, które i tak czytam i oglądam jedynie na momentach, bojąc się schwytania przez coś prawdziwego, przemawiającego gdzieś głęboko, w te pierwotne, ciemne miejsca, w przelewającą się magmę zdarzeń.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment