Saturday, 15 January 2011

niebieska kreska na nadgarstkach

Już dawno doszłam do wniosku, że dni takie jak ten nigdy nie powinny się były wydarzyć. Obudziłam się przygnębiona, myśląc mimowolnie o tym, że pewnie już nigdy nie zobaczę światła dziennego. Jeszcze bardziej zasmuca mnie to, że i ty jesteś przygnębiony. Wspominając wszystkie smsy, które zaczynały się od słów telepatia, bliźniaki albo chodź, przytulę (to ostatnie wystarczyło za cały esej pocieszeń), docieram do dnia, w którym o 05:32 słuchałam poruszających piosenek, zwisając z balkonu szóstego piętra – był styczeń i pragnęłabym powiedzieć, że nigdy nie czułam się tak dziwnie, ale pewnie byłaby to przesada. Żałowałam, że nie jestem tam, gdzie nie ma nawet stołu, więc jesz kolację z tacki we wróbelki siedząc na pudle z książkami. Ale nie szkodzi, bo nocami powracam do naszych rozmów, przypominając sobie pojedyncze słowa takie jak:śniło mi się, smutek, przyjedź i tak bardzo kocham wtedy to, co już stworzyliśmy. Przypominam sobie, jak w pełni lata siedziałam na ławce, czytając piękne zdania, przywołując wcześniejsze zdania, które wypowiedziałeś ty. Wielopoziomowość wrażeń, Pani Dalloway, sny o chorobach, mapy Warszawy. Mówię ci, żebyś się nie bał, że przecież zawsze jestem z tobą, wyciągam czasem małego ciebie i wtedy wszystko jest tak, jak miało być. Pewnie nie lubisz ze mną spać, bo zabieram całe miejsce w łóżku, ale za to pokazywałeś mi pod kołdrą swoje dłonie, które uważam za nieproporcjonalnie szerokie, a potem śmialiśmy się, że mam uda twarde jak stal, dokładnie tak jak mówiłeś. Zasypiamy. Oboje śpimy coraz dłużej, z czego efektów nie jesteśmy do końca zadowoleni i o czym mówimy w przygnębiających słowach. W południe siadamy w plamie słońca na podłodze, siedzimy naprzeciwko siebie przy stole w twojej kuchni, piję herbatę i nie ma mnie nigdzie indziej, innym razem w przerwie między filmami składasz żurawie, wkrótce masz ich tysiąc, obserwuję, jak tworzysz rękami, mówię, że zazdroszczę ci tylu umiejętności, na co uśmiechasz się i opowiadasz historię. W słoneczne dni wychodzimy razem jeździć na rowerach, chwilę jedziemy koło siebie, wyprzedzasz mnie, nie potrafię cię dogonić – w rzeczywistości nawet nie próbuję, zostawiam cię, a potem rozmawiamy o czym innym. Siadamy na trawie, jemy, rozmawiając, znów wygrywasz w scrabble. Muszę wracać do siebie. Ale rozmawiamy nawet po moim powrocie, jesteś w każdej chwili, nawet wtedy, kiedy zupełnie sama siedzę w rozświetlonym mieszkaniu, przesypiając lipcowy gorąc. Przez miesiąc wychodzenie z domu było dla mnie zbyt trudne i jedyną osobą, z którą mogłam się spotykać, byłeś ty. W końcu zaskoczyłeś mnie przed balkonem, cieszyłam się, że cię widzę. Wieczór na leżakach, przyjemne zmęczenie i zadziwiająco dobry nastrój i wiedziałam, że czujesz to samo. Przyjeżdżasz do mnie, a ja czasem znów śpię za dużo, co mam sobie za złe. Teraz znowu jest styczeń i mija rok, odkąd staram się wyciągnąć coś ze strzępków zdań, które zapisuję na kartkach z zaokrąglonymi rogami i nie wiem, czy kiedykolwiek powstanie z tego coś, co chociaż trochę oddawałoby, jak jest naprawdę, ale muszę próbować, mimo że minie jeszcze parę miesięcy, zanim późnym letnim wieczorem wyjdziemy na długi spacer, na którym czujesz w powietrzu elektryczność, ja też ją czuję, mimo że żadne z nas nie jest pewne, czy tego dnia była burza. Siadamy na huśtawkach, jest tak spokojnie i tylko my istniejemy na całym świecie i znów jest tylko to, co właśnie się dzieje. Podobnie jak gorącego dnia, kiedy K czytał nam o muzyce, śmialiśmy się, głaskałeś mnie po głowie i mimo wszystkich rzeczy, o których wiesz i mimo innych rzeczy, o który ja wiem, cieszyliśmy się na tyle, na ile mogliśmy.


x: jak umrzesz to się wkurwię
y: złość piękności szkodzi, moja piękna  : *
x: .... a ja nie mam czym szastać :c

1 comment:

aleksandra said...

masz taką minę, bo niby myślisz, co z tym zrobić. Prostym rachunkiem, masz taką minę zawsze, jak myślisz :*