Zatroskane miny w środku miasta.
Popołudnie. Obejmuję ręką twoją szyję, oplatam kosmyki twoich włosów wokół moich palców, drugą dłoń trzymasz ty i wystukujesz delikatnie rytm na moich opuszkach, cicho pomrukujesz w takt tej melodii i nie wiem, o czym możesz w tej chwili myśleć. Maleńkie zmarszczki na twoim czole, kiedy chybnie pomylisz palce i ja, zatroskana, wyraźnie zmartwiona i zmęczona gorącem tamtego popołudnia.
Kolejka. Razem. Czerwony pogrzeb.
z: Jakieś dwa dni temu, trzy dni po moim ślubie z ostrygą, zapragnęłam romansu. Mijałam kobiety krzyczące z drugiego końca ulicy rozpaczliwie poszukujące odrobiny uwagi, wsiadając jedną siedemnastometrową nogą do taksówki z głową ponad dachami kamienic, smarowały policzki powidłami.
k: Niebo wpadało w pomarańcz, trochę fiolet, w każdym razie cytrusowa poświata na twarzy tamtych ludzi efektownie podkreślała ostrość linii z jaką wyrzeźbiono ich twarze i orle nosy. Ubrani w wysokie kozaki, płaszcze do kolan i czerwone kapelusze, stali w rzędzie.
z: przestraszona warczeniem białego mysikrólika cofnęłam się o krok i spadłam z nocnej szafki urywając hiperkabel od lampy.
k: to mysikróliki warczą?
Smutna opowieść z wczoraj.
Niosąc kubek z herbatą potknęłam się o nos i zburzyłam imperium mrówek mojego brata.
Smutna opowieść z dzisiaj.
Kawiarnia. Oboje stoimy pod ścianą jak rokendrolowcy opieramy się jedną nogą i odpalamy papierosa. Garbimy się przy tym cudownie i choć nie ma tutaj słońca, na nosie mamy grube przeciwsłoneczne szkła.
Przy stole w rogu siedzi kobieta, we włosy wpięte ma rododendrony a w zębach kolorową nić, ze znajomymi w czarnych golfach i pasiastych spodniach gra w karty i puszcza czarne kleksy kawy z ekspresu na biały obrus.
- tak nie może być - mówisz - co pani na to?
- a ja na to jak na lato - odpowiada i odchodzi krokiem skocznym, jakby tańczyła jakiś ludowy taniec
- nienawidzę lata - dodałam od siebie i zwijając obrus zahaczyłam skórą o gwóźdź, niestety nikt nie miał następnej..............
No comments:
Post a Comment