Monday, 25 July 2011

j'aime mon acodin

Wieczór. Stado ludzi wydeptuje w śniegu nowe ścieżki, inni niszczą stare, by wydeptać swoje - nowe, prowadzące do nowego celu, przez nowe wzloty i nowe upadki; wszystko, na co patrzyłam z góry było świeże, padał śnieg, a ja siedziałam opleciona swetrem i obserwowałam życie z daleka. Pamiętałam kiedy stukałeś swoim kolanem o moje pod stołem podczas kolacji i kształty ciepłych ciast w sklepach, które jedliśmy na święta.  Wszystkie czułe słowa, które mówię tylko jednej czułej osobie i zimny śnieg za kołnierzem i ten dreszcz, który łapie zaraz po tym, jak wyjdę na zimne powietrze. Ty jesteś tym dreszczem, moją niedomkniętą powieką i szczypaniem w policzki, bólem w klatce piersiowej po długim dystansie, ulgą po wypiciu szklanki wody z lodem w upalny dzień. Tak naprawdę nie jesteś żadną z tych rzeczy, bo to głupota, żeby tak ckliwie pisać, zwłaszcza, że mamy koniec lipca, rozpuszczam się pod pustką w mojej głowie i złością, że nic nie mogę na to poradzić;  zwłaszcza,  że nic nas nie łączy i nigdy nie będzie, że nie mogłoby mieć to prawa bytu, że to po prostu żałosne, że się tak rozczulam, przecież to ja jestem ta o k r u t n i e o k r u t n a i to nie do przyjęcia, takie żałosne rozczulanie się nad kimkolwiek.  A jednak jest ktoś, kto nigdy nie poznał mnie od tej strony. I nigdy nie pozna, bo to już koniec. Dziękuję, dobranoc. 

No comments: