zk: to już jest jak rytuał
zk: rano muszę zadzwonić i ponarzekać jakie to szczęście że nie obudziłam się dziś martwa (oczywiście z przekąsem, marzę o tym), po południu na zmęczenie i bezsens mnie egzystującej w macu w kolejce po jakąś szajską kawę, bo jestem za leniwa na pójście do ch na kazimierza, wieczorem życzę dobrej nocy, a potem przez trzy minuty wpadam w histerię
zk: potem osiągam apogeum histerii
zk: bo kurwa, zdaję sobie sprawę, że nie odbierze
zk: ze nigdy nie odsłucha
zk: co za frajerstwo
***
Te wszystkie obrazy wywieszone w rzędzie na ścianie wyglądały na zmartwione. Każdy dźwięk wchodził mi pod skórę przypominając moje eskapady, szaleństwa uczuciowe, płakałam za każdym razem kiedy słuchałam tych melodii pogrążona w żałobie na środku pokoju, bez twarzy, w najciemniejszym punkcie w kosmosie. Taka młoda, tak jej szkoda. Czekam tylko na moment, kiedy to wszystko wybuchnie i jeżeli wtedy nie zginę, zabiję się sama.
No comments:
Post a Comment