We Wrocławiu przyjemności, świeci słońce, czy ptaki śpiewają - nie słyszę, okna zamknięte na cztery spusty i klamkę zabrali w zeszłym tygodniu. Czemu, zapytasz, ja Ci w te pędy odpowiem - ostatnio, Alicjo, miewam duszę uciekiniera. Prostego, niewyrachowanego, bez głębszych myśli, idei, porachunków, takiego tylko, co ucieka. Gdzie, zapytasz, a ja Ci w te pędy odpowiem - do przeszłości, Alicjo, bezpiecznej, takiej że już wiesz w co w niej będzie (...) bo już było, oczywistej myślę, znanej a cóż piękniejszego od świadomości teraźniejszości być może? Taka siedzę oto zamknięta jak w szufladzie, zapuszczona w "dzisiaj" jak esencja we wrzątek, uchodzą ze mnie siły i cierpliwości; one pozostawiają tylko ciemnobrązową smugę w parującej wodzie. Więc jadę tramwajem linii do centrum, zajmuję siedzenie bo jak już wcześniej wspomniałam wysiłek nie na moje nerwy dotykać obcych wymiętych koszul, wilgotnych dłoni i wdychania zużytego powietrza. Jadę, sunę gdzieś pomiędzy jednymi powozami a drugimi, tak w środku; przede mną siedzi staruszka z garścią porzeczek w słoiku i siatą agrestu; "Widzi pan to bordo?" - wyciągnęła kuso nogę by obdarować Pana w Czarnym Palcie widokiem rozciętej falbany jej spódnicy do pół łydki. "Widzę, Pani, zgrabny krój" - syczy zza kołnierza Pan w Czarnym Palcie, odwraca nos w kierunku Pasażu Niepolda, pozwala oślepiać się latarniom, "Sama skroiłam i falbanę wstawiłam" pochwaliła się i zamoczyła palce w słoiku. Resztę drogi w tramwaju była cisza, ale ja poruszona rozmową nawet nie własną, wiedziałam już że podwójne życie nie jest dla mnie. Zwinęłam język w rulon, przygryzłam dla pewności zębami i brałam wszystko jak mi dawali. Nie opieram się niczemu, dzieląc się życiem z kimś, z kim nie powinnam, kochając najszczerzej, najzimniej, z furią kogoś innego.
***
Nie tylko ja uciekam do przeszłości. Spotykając ostatnio moich dawnych kochanków uciekali oni do wieczorów spędzonych razem, do książek przeczytanych razem, do kolacji zjedzonych papierosów wypalonych, dotknięć i wydechów zrobionych razem. "Pamiętam jak czytałem Ci Pana Tadeusza a Ty zasnęłaś na moim ramieniu na trzy minuty po czym wstałaś jak oparzona, jakbyś co najmniej spała pół życia i zapomniała zapalić". To wszystko powoduje spięcia elektryczne na zmarszczonym czole mojego obecnego, kiepskiego kochanka, ale sympatyzuję z nim, nawet bardzo. Czasem myślę że jestem najgorszą rzeczą jaka mogła się przytrafić takiemu czystemu mężczyźnie, on-tabula rasa, ja czarna jak węgiel od zadrapań na ciele i sercu. Nie widzi poza mną niczego i to nie dlatego, że ostatnio doszło mi parę kilo. Czasem mi go szkoda, leżąc w jego ramionach myśleć o kimś innym, chorować na kogoś innego, w czasie kiedy od przeziębił się na mnie.
***
Alicjo, moja Ty, Arletto nie mniej wcale, ślę pozdrowienia z izolatki
lujutu, Marta
No comments:
Post a Comment