Thursday, 9 December 2010

Mario Antonino, to ja, to znowu ja, to znowu TYLKO ja

Wszystko się zmienia. Biorąc pod uwagę okolice grudnia zeszłego roku, może nawet i stycznia, kiedy dziura we wszystkim, co posiadałam zrobiła się tak ogromna, że nie potrafiłam jej załatać, kiedy rozpaczliwie doszłam do wniosku, że tak naprawdę nic nie ma sensu, kiedy ja i M spacerując po zlodowaciałych chodnikach naszego zapyziałego miasta, którego osobiście od wczoraj nienawidzę [wszystkiego od wczoraj nienawidzę, ale to długa historia] zastanawialiśmy się, co ze sobą począć, oglądaliśmy wystawy sklepowe, malowaliśmy dzikie obrazy na sufitach, mimo tego całego nieogarnięcia i mentalnego syfu to dało mi nową trzeźwość umysłu, która swoją drogą sprowadza się do spania i lewitowania, narzekania i wymyślania coraz to nowych chorób, na które cierpię [hipochondria], ale kiedy rozmawiamy już rok później, idąc tym samym chodnikiem w tą samą stronę, wiem, że nic już nie wróci. Powinnam zacząć w końcu myśleć o innych. Powinnam przestać patrzeć i przejmować się względnością, która nie powinna mnie dotyczyć. Jestem nieporadna, niezorganizowana,nic mi się nie chce, olewam szkołę w najgorszym momencie, olewam znajomych, bo jestem chora - udaję chorą [chociaż tak naprawdę jestem chora i udaję chorą na raz] olewam P.O. bo mam go serdecznie dość, olewam P.P bo jest zarozumiały, olewam siebie, bo nie jestem sobie do niczego potrzebna.

- Mario, mogłabyś przystanąć na chwilę w tym niegodnym Ciebie miejscu, bo muszę kupić zapalniczkę?


I jeszcze samobójcze skłonności po dziadku, a dziadków ma dwóch, więc umiera razy dwa-razy dwa!

1 comment:

Anonymous said...

hmmm... a nie zima? to taka malownicza pora roku.